Translate

TRANSLATE

niedziela, 7 października 2012

Wykopkowa "Mystery Doll"

A w zasadzie nie tyle lalka, co głowa.
Trafiła do mnie może 1,5 miesiąca temu brudna jak... jak... śmieć? W sumie nic dziwnego, bo najprawdopodobniej tym właśnie była. Podejrzewam, że pochodzi wprost z jakiegoś niemieckiego starego wysypiska śmieci (swoją drogą jakież one muszą być pełne skarbów!). Do tego ma utrącone popiersie.





Nie wiem, czy na popiersiu coś mogło być napisane, ale na głowie jest jakiś znaczek. Dla mnie nie do zidentyfikowania... Wygląda jak G, 0, 6 lub coś w tym stylu, ale równie dobrze może to być zupełnie abstrakcyjny znaczek. Generalnie lalka jest raczej nie do zidentyfikowania.




Jedna rzecz mnie w niej dziwi. A nawet dwie...

1. zupełnie nie kojarzę tej twarzy, niczego mi nawet nie przypomina;

2. biskwit, z którego jest zrobiona, jest zadziwiająco dobrej jakości, ma ładnie namalowane brwi sugerujące lalkę z ciut wyższej półki - to wszystko kontrastuje z bulwiastymi nierównościami - jedna z boku nosa między brwią a okiem, druga jeszcze większa za uchem. Ktoś wyprodukował tą lalkę z dobrych materiałów i nawet widząc, że z lekka mu się forma zanieczyściła stwierdził, że nie wyrzuci jej jako odpadu produkcyjnego, tylko pchnął ją do dalszej dosyć zaawansowanej obróbki.... hmmm... tym bardziej producent wydaje mi się tajemniczą postacią.


Na razie udało mi znaleźć jej oczy, włosy i ciało oraz nadbudować popiersie na tyle, żeby głowa mogła zostać przytwierdzona do korpusu. Na razie nie chce mi się za bardzo pracować nad szczegółami i estetyką - mam dużo do nadrobienia z innymi lalkami. Będzie musiała zaczekać na swoją kolej - wtedy zrobię ją od stóp do głów i ponownie zaprezentuję.

Teraz wygląda tak:



O ile jestem z niej dosyć zadowolona, o tyle nie wiem, czy jeszcze kiedyś zdecyduję się na "wykopka". Widziałam kiedyś porady jak usunąć rdzę z biskwitu, ale oczywiście nie mogę tych informacji odnaleźć. A nie jest to prosta sprawa. Do dzisiaj nie udało mi się jej w 100% doczyścić. Najlepiej zadziałała mieszanina wody z mydłem i octem - nie wiem dlaczego, ale żaden z tych specyfików nie chciał działać samodzielnie.

Swoją drogą nie mogę się doczekać momentu, kiedy lalka całkowicie odzyska swoją urodę, będzie ubrana i ufryzowana :) Ma całkiem sympatyczną twarz :)

Wakacje, wakacje i po wakacjach...

Ufffff...... powoli wracam do normalności po wakacyjnych wojażach i tym, co u mnie jest nieodłącznym elementem powrotu z wyjazdu - potwornym przeziębieniu. Został mi teraz głownie katar i kaszel jak u starego gruźlika. Nie wiem dlaczego, ale katar powoduje, że zapadam dodatkowo na otępienie umysłowe :-/

Mam do nadrobienia straszne ilości blogowych wpisów i nie wiem, od czego zacząć i jak to ugryźć.

Przed wyjazdem:

1. Dotarła moje stara japonka. Jest bardzo ładna, ale warstwa brudu kryła kilka poważniejszych plam na gofunie, a pod ubraniem rozgrywa się dramat w postaci rozpadającego się ciała. Nie wiem za co złapać i co reperować, żeby jednocześnie nie uszkodzić dalszych fragmentów. Lalka siedzi owinięta w szmatę i czeka, aż coś wymyślę i zapałam chęcią sprostania wyzwaniu. Na razie nie pałam. Zupełnie.

2. Zabrałam się za robienie lalki z głowy "wykopka". Zrobienie czegoś ładnego ze śmiecia to nie taka prosta sprawa. Opiszę ją w kolejnym poście.

3. Kupiłam paczkę starych tresek z ludzkich włosów i jakichś innych resztek, które mogłyby nadawać się na peruki. Przyszły pod moją nieobecność. Muszę powiedzieć, że mimo mało eleganckiego wyglądu zawartości przesyłki okazało się, że ten zakup był bardzo dobrym posunięciem. W sumie wygrzebałam 6 peruk-tresek z ludzkich włosów, z czego tylko jedna musi zostać rozparcelowana i uszyta od nowa. Do tego jakieś moherowe warkocze - połowa się nie nadaje bo jest to szary melanż, ale druga połowa po wypraniu też powinna być użyteczna :)

4. Odkryłam w Empiku dział z przedmiotami do decoupage'u, który zaopatrzony jest w najprawdziwsze drewniane komody dla lalek! No dobra, to nie tyle meble dla lalek, co komódki na biżuterię czy inne drobiazgi, ale pasują idealnie!

5. Kupiłam i dostałam kilka lalek, w tym dwa Kestnery 154 i jednego Cuno & Otto Dressela (sama głowa), ale na razie żadna nie nadaje się do zaprezentowania szerszemu gronu.

A do tego wszystkiego zaraz po przyjeździe odkryłam na nowo uroki robienia na drutach (jesienny instynkt?) i znalazłam nowe hobby - filcowanie (dźgam igłą pierwsze miśki, mąż zaczyna się mnie bać). Mam zdecydowanie za mało czasu na wszystko :( 

Na razie to tyle, mam nadzieję, że uda mi się jeszcze dzisiaj wrzucić cokolwiek o lalkach. 

środa, 22 sierpnia 2012

AM 1894 - TADAAAAAM!

Dostałam kilka dni temu przesyłkę z treskami clip-in, tym razem z faktycznie naturalnych włosów ludzkich. Niestety w porównaniu z tymi syntetycznymi nie są tak gęste i skłądają się z (jak mi się wydaje) pojedynczej taśmy - te syntetyczne były potrójnie złożone).

Ponieważ byłam dosyć zdesperowana, postanowiłam mimo wszystko wyprodukować perukę dla AM 1894. Miałam jej konkretny wygląd w głowie od kilku tygodni i bardzo męczyło mnie to, że nie moge wcielić tego pomysłu w życie z braku materiałów. 

Heh... Więc tak... To, co moge powiedzieć o ręcznej produkcji takiej peruki to to, że włosy ludzkie nie nadają się do tego, o ile nie są fabrycznie wszyte w taśmę. Uszycie czegokolwiek z luźnych włosów ganiczy z cudem i nawet po podklejeniu włosy wyłażą na potęgę. Teraz jest już lepiej, bo większa częsć raczyła już wypaść, ale nadal przy każdym podniesieniu lalki coś tam się z niej sypie. W ogóle podczas pracy nad peruką miałam w salonie pobojowisko jak w salonie fryzjerskim - wszędzie pełno włosów każdej długości.

Mimo wszystko efekt końcowy wydaje mi się w porządku... tj. kiedy nie przyglądam się z bliska swojemu "dziełu" i nie specjalnie energicznie poruszam lalką, jest ok.....


W związku z tym, że włosy są w kolorze ciemnego brązu, postanowiłam jednak zrobić podstawę peruki z fragmentu czarnych getrów, które kiedyś kupiłam, a których nigdy nie nosiłam, bo nie nadawały się ani jako rajstopy, ani jako legginsy. Każdy inny kolor prześwitywałby paskudnie między pasmami.







Przymiarka do grzywki. Zdecydowałam, że skoro taśma jest jedna, to najlepiej będzie wykorzystać tą cześć do grzywki, a resztę włosów przeszyć przez środek tworząc przedziałek.



A oto i reszta włosów. Hmm... Powiem tylko, że nigdy więcej nie chciałabym bawić się w to ponownie...






Pierwsze wrażenia nie rzucają na kolana, ale nadal miałam nadzieję, że coś z tym fantem da się zrobić. Przynajmniej do czasu, kiedy zdobędę taką perukę zrobioną profesjonalnie.


Przyklapnięcie wymagało przebrania lalki za bandytę, spryskania jej wodą i odczekania około 2-3 godzin. Dzień akurat był upalny, więc szybko wyschła.


Najwięcje do życzenia pozostawiał nadal tył - włosów było zdecydowanie za mało.


Na razie przyszyłam część pasm tak, żeby przyzwyczaiły się do nowego położenia. Za jakiś czas zdejmę szwy ;)


W między czasie szlag mnie trafił, że moje lalki takie niewykończone siedzą i skoro AM 1894 (kurczę, muszę jej nadać jakieś imię) ma już prawie taką fryzurę, jakiej bym sobie życzyła, to wypadałoby skombinować dla niej odpowiednia kreację.

Zabrałam się więc za szycie sukienki. Tym razem z wykroju, bo to jednak coś całkiem innego, niż szycie na oślep i udawanie, że sukienka jest w starym stylu.

Nie miałam na podorędziu żadnego cienkiego materiału, który byłby wystarczająco cienki, miękki i miał odpowiednio drobny wzór dla lalki, więc dorwałam się do batystowej (a właściwie z gazy) firanki kupionej kilka lat temu w Jysku. Materiał trochę za bardzo przezroczysty, ale najgorsze było to, że strzępił się niemiłosiernie. Uszycie (ręczne) pantalonów i sukienki zajęło mi jakieś 2,5 dnia. Nie wiem, czy jestem całkiem zadowolona z samej sukienki, poza tym wymaga drobnych poprawek i doszycia zapięcia z tyłu, ale jak na pierwsze próby chyba jest ok. Muszę jeszcze doszyć halkę - sukienka będzie lepiej się układała i nie będzie taka przezroczysta :)





A... powiem jeszcze tylko, że w ostatnim czasie, całkiem nagle, stałam się właścicielką dwóch Kestnerów 154, które przedstawię trochę później, oraz bardzo pięknej lalki japońskiej, na którą czekam z niecierpliwością. Czekam też na kilka biskwitowych główek "niespodzianek" (w sensie nie wiadomo do końca, co to za głowa) kupionych bardzo okazyjnie i do których nie mam ciał, więc te delikwentki na prezentację będą musiały poczekać trochę dłużej :-/



piątek, 17 sierpnia 2012

Podstawy robienia peruki - cz.1



Podstawa peruki ("czapeczka") 
i prosta peruka z grzywką

Sposobów na zrobienie podstawy peruki jest bardzo wiele.
Ten na zdjęciach jest chyba najbardziej podstawowym. Jest dosyć prosty i możliwy do wykonania z różnych materiałów. Ja często używam tetry - z racji dostępności, bo zostały mi po dziecku, a że większość służyła za śliniaki i ma plamy z marchwi, to i tak do niczego innego nie będą już się nadawały. W jednej z książek na temat robienia peruk spotkałam się też z podobnym sposobem, tyle że z naciągniętej na głowę rajstopy, obszytej elastyczną koronką (ta z kolei albo w kolorze cielistym, albo pasująca do koloru włosów) - nie jestem do tych materiałów przekonana, ale może kiedyś je wypróbuję.
Z tego, co zauważyłam, większość starych peruk z ludzkich włosów ma nieco inną podstawę, która wykonana jest z materiału przypominającego brązową podszewkę, do tego jest on dwuwarstwowy - tej techniki nigdzie nie znalazłam :(


1. Na głowę lalki nakładamy kwadrat materiału i po linii, która będzie stanowiła koniec peruki, prowadzimy pasek materiału wystarczająco długi, aby objął całą głowę. Przyszpilamy go i zdejmujemy wszystko z głowy.



2. Pasek przyszywamy, resztę materiału odcinamy i voila! 


UWAGA - Jeśli robimy perukę z ciemnego moheru, materiał koniecznie trzeba ufarbować na ciemno! tzn o ile nie mamy pod ręką tkaniny w odpowiednim kolorze :)


A teraz sama peruka
Oczywiście gotowe elementy przyszywamy do podstawy (ewentualnie kleimy bezpośrednio do głowy, jeśli mamy taki kaprys a lalka ma pełną głowę). Muszę jeszcze zaznaczyć, że ten sposób jest naprawdę podstawowy i ma wiele modyfikacji i ulepszeń.

1. Partię moheru przeszywamy w miejscu, gdzie chcemy mieć przedziałek. Ja robię to ręcznie po dwa razy w każdą stronę. Szycie maszynowe jest trwalsze, ale wydaje mi się bardziej skomplikowane (i nie mam maszyny heheh.. ). Należy wówczas miejsce szycia umieścić między dwoma kawałkami cienkiego papieru (np. z chusteczki higienicznej), a później go usunąć.



Gotowy fragment wyczesujemy (koniecznie!). W przeciwnym razie peruka nie będzie dobrze wyglądała - warstwa moheru będzie za duża i nie będzie się ładnie układał.

UWAGA - niektóre ilustracje pokazują szew sięgający od czoła do połowy głowy, ale opierając się na własnych doświadczeniach radzę, żeby sięgał od czoła aż do końca głowy - szczególnie przy perukach z moheru i podobnych materiałów.

Na tym fragmencie można poprzestać, jeśli chcemy mieć perukę bez grzywki.

2. Produkcja grzywki nie jest trudna. Polega w gruncie rzeczy na tym samym, co poprzedni punkt, tyle że z mniejsza ilością moheru.



Grzywka powinna sięgać mniej więcej od skroni do skroni. Można dla bezpieczeństwa zrobić ją trochę szerszą, bo z reguły podczas szycia szew ma paskudną tendencję do kurczenia się (i moheru).



Dla upewnienia się, że włosy z grzywki nie będą wychodziły, warto krótszy fragment podwinąć i ponownie wszystko przeszyć. Na tym etapie grzywka musi być dosyć długa, bo jeszcze nie wiadomo, w którym miejscu powinna zostać przycięta.

3. Łączenie w całość.




Ilustracja powyżej pokazuje kolejność przyszywania obu elementów. Jeśli ktoś ma takie życzenie, pewnie można je też przykleić do podstawy, ale nie wydaje mi się, żeby było to najlepsze rozwiązanie.


Najpierw przyszywamy grzywkę - na granicy materiału - na całej jej długości. Oczywiście przycinamy ją dopiero po skończeniu peruki i założeniu jej na głowę lalki. Pas włosów z przedziałkiem powinien nachodzić na grzywkę tak, żeby nie było widać miejsca jej szycia. Jeśli grzywka ma być podpięta do góry - lepiej w ogóle przyszyć ją do podstawy peruki od spodu (wtedy materiał nie będzie widoczny nad czołem).


Z tyłu włosy powinny zostać ułożone w ten sposób. Jeśli szew sięga do nasady głowy nie ma z tym najmniejszego problemu i ładnie wyglądają też np. warkocze.


Uwaga - niektóre fryzury wymagają podwójnych warstw moheru!

Jeśli włosy wyszły zbyt rzadkie i materiał spod spodu za bardzo prześwituje, można ponaszywać na niego resztki moheru, który został wyczesany.

Peruka jest całkiem prosta i nie należy do bardzo ambitnych projektów, ale bywa bardzo przydatna ;)

sobota, 11 sierpnia 2012

AM Mabel 0. - mała metamorfoza

Nadszedł czas na Mabel. Muszę się przyznać, że na początku nie podbiła mojego serca. Na jakiś czas poszła w odstawkę i czekała, aż zachce mi się nią zająć. W końcu pomyślałam, że zobaczę, co z niej wyjdzie i najwyżej ją sprzedam. Więc jednak jej nie sprzedam.... przynajmniej na razie.


Jak tylko wyjęłam lalkę, moja córeczka pojawiła się przy mnie z którąś ze swoich maskotek. Mabel przez jakiś czas prowadziła z nią dialog, została zmuszona do zjedzenia wyimaginowanego śniadanka przygotowanego przez bodajże gumową świnkę, a na koniec została soczyście obcałowana w policzki i w nos. Pomyślałam sobie, że biednej lalce chyba nie przyszłoby do głowy, że jeszcze kiedyś jakaś mała dziewczynka będzie się nią bawiła, a do tego ją wycałuje. Już w tym momencie wiedziałam, że trudno będzie mi się jej pozbyć, skoro N. najwyraźniej zapałała do niej uczuciem. Natomiast na mnie lalka nadal nie robiła większego wrażenia. 


Postanowiłam ubrać ją w sukienkę, która wcześniej stanowiła prowizoryczne odzienie dla Floradory. Dokonałam koniecznych przeróbek. I nadal miałam ochotę poszukać jej nowego, lepszego domu, w którym być może będzie bardziej doceniona. Tak było do momentu, w którym przewiązałam ją ciemno różową kokardą. Nagle zobaczyłam jej urodę i dosłownie przed oczami stanął mi obraz małej dziewczynki, która odpakowuje bożonarodzeniowy prezent i jej oczom ukazuje się spełnienie marzeń - Mabel właśnie. 

Tak, wiem, brzmi to znowu nieco infantylnie, ale nic na to nie poradzę :D


NA POCZĄTKU:




TERAZ:




Trochę jak kłoda, ale nie miałam innego miejsca,
żeby ją usadowić z gracją (jest trochę toporna)


No dobra, właśnie zobaczyłam, ze kokarda jest daleka od ideału, peruka też wymaga dopracowania, ale ogólnie nie jest źle :)


piątek, 10 sierpnia 2012

Materiał na peruki dla lalek - włosy "naturalne"

Wczoraj przyszły zamówione kilka dni wcześniej treski clip-in. Cena podejrzanie niska, ale według sprzedawcy włosy 100% naturalne indyjskie. Pomyślałam, że może stąd ta cena, bo na innych aukcjach widziałam włosy europejskie, trzy razy droższe. 
Z części włosów planowałam zrobienie peruki dla AM 1894. Jest to jedna z moich ulubionych lalek, ale biedaczysko siedzi niegotowa z braku włosów i ubrania. Myślałam, że przynajmniej jedno będę miała z głowy.

Ale.

1. Włosy nawet nie leżały koło włosów naturalnych. Szeleszczą, są sztywne jak druty, sterczą, nawet po zmoczeniu nie uzyskują nowego kształtu. W słońcu świecą się jak włosy lalek winylowych mojej córki. Na dodatek znalazłam w nich "włos" w kolorze niebieskim. Ewidentnie plastikowy. Jestem wściekła.

2. Podczas staczania walki z peruką (pomyślałam, że może jednak coś się uda z tego badziewia zrobić), głowa AM 1894 stuknęła o stół i dosłownie rozpadła się. Miała pęknięcie na policzku. Niczym go nie podkleiłam od wewnątrz i mam resultat. Sprawdziła się stara reguła, że niezabezpieczone pęknięcie biskwitu powoduje rozpad główki czasem przy najlżejszym puknięciu. Tak więc czeka mnie parszywa robota i ogólnie mam ochotę zlać się łzami.

Nawet nie chce mi się robić zdjęć. Napisałam do sprzedawcy, że albo świadomi sprzedaje sztuczne włosy jako naturalne, albo został wprowadzony w błąd przez kontrahenta. Ciekawostką jest to, że te indyjskie włosy mają etykietkę z jakimiś chińskimi znaczkami. Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!!!! 

środa, 1 sierpnia 2012

Renowacja popękanej głowy biskwitowej

W ramach treningu w robieniu peruk dorwałam się w końcu do jednej z moich pierwszych i ulubionych lalek - AM 390. Ku mojej rozpaczy okazało się, że z porządniejszą peruką lalka wygląda dramatycznie - o ile we włosach syntetycznych średniej urody jej popękana twarz nie rzucała się tak w oczy, o tyle ładniejsza fryzura nie wchodzi w grę, bo wygląda dosłownie jak śmieć. Pomyślałam więc sobie, że już chyba nic jej nie zaszkodzi....


Zdobyłam się więc na odwagę i postanowiłam zaryzykować radykalną terapię....








1. Zdjęcie głowy z ciała.
Nie obyło się bez problemów. Całość okazała się montowana nie na gumki, a na sprężyny. Do tego nie oryginalne, ale zastąpione przez kogoś sprzętem, który mógłby utrzymać na holu ciężarówkę. Głowa za nic nie chciała na tyle się wyciągnąć, żeby pod haki włożyć cokolwiek, co utrzymałoby haki na zewnątrz (ołówek odpadał, bo naciąg zmiażdżyłby go w sekundę, raczej śrubokręt). W rezultacie lalka pojechała na tą skomplikowaną operację do mojej mamy, która dysponuje profesjonalnym sprzętem (a i tak się namęczyła). Wahałyśmy się jakiś czas, czy zostawić te sprężynowe mocowania. Doszłyśmy do wniosku, że po pierwsze - nie są i tak oryginalne, po drugie - są problematyczne. Ostatecznie sprężyny zastąpione zostały gumkami (najgrubszymi i to potrójnymi, bo przy mniejszej ilości nadal był za duży luz - ot, takie ciało dziwne).



Tylko na taką odległość głowa pozwalała odciągnąć się od ciała








2. Wyjęcie oczu i gipsu.
Po namoczeniu głowy w ciepłej wodzie z mydłem i odczekaniu (od 15 minut do godziny, czasem dłużej) gips sam odpada. Oczy i tak nie były zamocowane w sposób umożliwiający mruganie, więc wyjęłam je z łatwością przed namoczeniem głowy.


Moja lalka miała w głowie coś przedziwnego - ktoś postarzał mocowanie oczu plasteliną przez potraktowanie środka głowy ogniem....






3. Gotowanie.
Głowa ląduje w garnku z ZIMNĄ wodą tak, żeby całość schowała się 3-4 cm pod powierzchnią. Tak wykwintne danie stawiamy na gazie, doprowadzamy do wrzenia i pozwalamy głowie pogotować się przez dłuższy czas. Jeśli przy okazji chcemy usunąć poksylinę proponuję dosyć długie gotowanie. Czynność tą czasem trzeba powtarzać kilka razy, bo po wystygnięciu klej i poksylina potrafi zastygnąć i ponownie stwardnieć. 


4. Czyszczenie.
Wszelkie elementy rozklejamy.
Dodatkowo trzeba oczyścić absolutnie wszystkie krawędzie, które będziemy sklejać. I to BARDZO DOKŁADNIE. Ja robię to przy pomocy ostrego nożyka takiego z wysuwanym ostrzem (jak np. budowlane, nie mam pojęcia, jak one się fachowo nazywają). Należy przy tym uważać, żeby 1. nie zrobić kolejnych odprysków 2. nie wbić sobie ułamanego biskwitu w palec - biskwit jest bardzo bardzo ostry, a rany bolesne i paskudne. Biskwit, jak szło, potrafi też wbić się w skórę w postaci malutkiej drzazgi.


5. Suszenie.
Teoretycznie po wygotowaniu czy w ogóle namoczeniu biskwitowej głowy powinno się odczekać przynajmniej 24 godziny, żeby wszystko wyschło porządnie. Można też wspomóc się piekarnikiem, ale nie pamiętam, na jaką temperaturę i czas należy go nastawić (jeśli ktoś byłby zainteresowany, to mogę zerknąć do ściągi). Ze wstydem przyznaję się, że te zalecenia omijam szerokim łukiem i zaczynam sklejanie pierwszych kawałków po wytarciu elementów papierowym ręcznikiem i odczekaniu góra 30 minut.


6. Klejenie.
Co do klejenia to też są różne profesjonalne zalecenia, ale jak na razie większą część z nich pozwalam sobie ominąć...
Najważniejsze to chyba takie, żeby przy większej ilości elementów zaczynać od klejenia twarzy. Nie ma takiej możliwości, żeby mocno popękana głowa skleiła się równo - w każde pęknięcie wchodzi pewna ilość kleju i nawet minimalna warstwa spowoduje, że w którymś momencie kawałki biskwitu nie będą do siebie idealnie pasowały.
Klej - zdecydowane NIE dla wszystkich klejów typu "super glue" - głowa prędzej czy później rozpadnie się (raczej prędzej, niż później), a do tego zapaskudza wszystko dookoła. Ja używam 2-składnikowego kleju epoksydowego (2 tubki z płynną zawartością, którą trzeba wymieszać), całkiem przezroczystego, schnącego w ciągu 5 minut (ma to swoje plusy ale i minusy), przeznaczonego m.in. do klejenia ceramiki.


Teoretycznie powinno się smarować obie klejone krawędzie - nie zawsze się tego trzymam. Kleju nakładamy sporo - na tyle dużo, żeby po ściśnięciu sklejanych elementów spora część wyszła na wierzch i tak czekamy, aż klej wyschnie. Najlepiej do tego czasu cały czas dociskać oba fragmenty. Oczywiście wcześniej trzeba zrobić przymiarkę, czy wszystko idealnie do siebie pasuje, jakim kątem należy to połączyć itp itd. Po wyschnięciu kleju - nadmiar, który wyskoczył na powierzchnię - odcinamy ostrym nożykiem, żyletką lub skalpelem. Oczywiście robimy to trzymając ostrze praktycznie równolegle do powierzchni biskwitu, żeby jej nie porysować. 


TADAM!




zostały małe ubytki na czole (wcześniej zaklejone dziwną masą),
ale w większości schowają się pod peruką
policzek też nie będzie już wyglądał jak nowy, ale jest ciut lepiej -
- w rzeczywistości rzuca siew oczy dużo mniej, niż na zdjęciu

pęknięcie pod okiem zostało, jakie było - nie było możliwości doczyszczenia go.

o dziwo brwi też zmieniły kształt - okazało się, że ktoś je podmalowywał.
do uzupełnienia pozostał  odprysk na lewej brwi.


Lalka teraz (ta peruka nie jest peruką docelową, taka tymczasowa zmiana image'u).









Głowa posklejana i na miejscu.
Jest jeszcze kolejny etap, który jak na razie pozostaje dla mnie czarną magią tj. szpachlowanie i kamuflowanie pęknięć. Jeśli kiedykolwiek odniosę chociażby mały sukcesik w tym temacie, to na pewno to opiszę ;)


Acha, jeśli głowa ma mrugające oczy, to tu jeszcze następuje moment, w którym należy wyjęte wcześniej z głowy gipsowe mocowania umieścić z powrotem na swoim miejscu - czasem widać, gdzie powinny być, czasem są tak idealnie dopasowane, że w innym miejscu nawet nie można ich zainstalować, czasem niestety trzeba się pomęczyć. Najpierw oczywiście wkładamy oczy i starając się, żeby nie zezowały, przykrywamy je owym gipsem.